RSS
czwartek, 07 października 2004
Vale!
W kwestii formalnej: na potrzeby niniejszego wpisu załóżmy, że określenie "Kochanie" jest używane w dotychczasowym znaczeniu, tj. że oznacza tę samą osobę, co we wszystkich poprzednich wpisach.



Wczoraj - UWAGA - Kochanie gorączkowo mnie poszukiwało, nalegając na spotkanie. A mi się niespecjalnie chciało.

Powód: zmiany we mnie, zmiany na nowe, na inne (czy na lepsze?). Postanowiłem w wypadku związkobójczych działań Kochania nie podejmować żadnych kontrakcji, a to dlatego, że niebycia koniem nie można w nieskończoność udowadniać bez narażania się na bliższą znajomość z Jędruchowymi kolegami po fachu, tymi od głów (a raczej od osób, które w głowach mają źle poukładane albo klepek niekompletne zestawy). Zaprzestałem również w ostatnich dniach wszystkiego, co było esencją tych zapisków, czyli nieustannym gonieniem króliczka, znaczy, Kochania, po mieście wojewódzkim oraz jego bliższych i dalszych okolicach. Krótko mówiąc, zupełnie mi się nie chciało składać podań o audiencje i oferować swoich usług w zakresie grzania pościeli, wody na herbatkę, ani żadnych innych.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wieczorem Kochanie zadzwoniło całe rozżalone (że się, co jest skądinąd zgodne z prawdą, dużo z mojej strony zmieniło) i wyglądało to na zupełne postawienie odwiecznego porządku rzeczy na głowie, gdyż to ona kombinowała jak koń pod górkę, żeby się spotkać (choćby i po to, żeby się pożegnać), a ja kompletnie nie miałem na to ochoty. Nie byłem na pożegnanie zdecydowany; chciałem po prostu zostawić sprawy własnemu biegowi i pozwolić im zdechnąć spokojnie.

Na tym się zmiany w zasadzie skończyły, bo gdyśmy się ostatecznie dziś spotkali, Kochanie uraczyło mnie Standardowym Kochanijskim Rozwiązaniem Problemów Międzyludzkich (czyli, że powinniśmy się rozstać). Ja oczywiście nie protestowałem ani przez chwilę (szok dla Kochania).



- Chciałam ci coś powiedzieć.

- Słucham.

- Chciałam się pożegnać.

- No to pa.

- Ale nie tak.

- A jak? Przecież to bez różnicy, skutki będą te same.



Było jakieś rzucenie się na szyję, jakaś tam łezka jedna z drugą - za późno, myślałem, o wiele za późno.

- Chciałam ci jeszcze coś powiedzieć.

- Słucham.

- Ale nie mogę, będę płakać.

- Trudno.

Pocałowała mnie niespodziewanie, odwróciła się i odeszła w kierunku wyznaczanym przez moje plecy. Powoli zrobiłem krok, drugi, trzeci, poszedłem, z zadowoleniem przystawiając zapalniczkę do tytoniu.



***



Co ważne: po południu, przed powrotem do siebie, w parku przy ruchliwej ulicy, powiedziałem "do zobaczenia" Zielonookiej. Pamiętacie Zielonooką Hermenegildę? Jeśli nie, cofnijcie się o dwa wpisy.

Zanim jej to powiedziałem, szczerze i spokojnie całowaliśmy się pod żółknącymi drzewami i było bardzo pięknie. Tak, idę szukać szczęścia gdzie indziej. Z kim innym.



***



W związku z nieobecnością Kochania nie mam o czym pisać. Cuda się wprawdzie zdarzają, ale na cud nie liczę, dlatego nie spodziewam się dopływu tematów do przedstawiania w tym miejscu.

Kończę więc. Na dworze deszcz; Zielonooka i ja idziemy zmoknąć.
21:06, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (28) »
Żegnamy się (?)
Prawdopodobnie jutro rano Kochanie nie będzie już Kochaniem. Prawdopodobieństwo jest wysokie. Transmisja w blogu już niedługo.
00:14, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (12) »
piątek, 01 października 2004
Kochanka
Szanowni Panowie! Piękne Panie!

Pozwólcie, że przedstawię: oto moja Kochanka. (Nie mylić z Kochaniem).



Może ktoś mi powie, jak owo dziewczę (Kochanka) wygląda i czego się można po niej w łóżku spodziewać (ponieważ to tylko kochanka, nie potrzeba więcej informacji - no, może jeszcze ewentualnie, jak ma na imię)?

Bo ja nie wiem.

Nie wiem dlatego, że Kochanka została powołana do istnienia przez Kochanie w czasie niedawnej telefonicznej sceny zazdrości, którą mi Kochanie urządziło celem niewidzenia się przez parę dni, a może i nigdy.

Zalążek Kochanki był następujący:

Miasto wojewódzkie, późny wrzesień, godziny wieczornego wracania z pracy. Spojrzałem i zobaczyłem gębę. Babską. Gęba była znajoma i się szczerze szczerzyła w szerokim uśmiechu, skierowanym wyraźnie w kierunku waszego skromnego narratora. Patrzyłem i bezskutecznie starałem się przypomnieć sobie, jakie imię nosi wyszczerzona gęba z całą resztą. Po chwili już wiedziałem, że znam ją z pracy i że znam gębę, ale nic więcej.

- Łojezus, a dokąd Bóg prowadzi? - zapiała gęba przyjemnym altem.

- Z nocnej wracali wycieczki.

- A ja właśnie wyszłam z kina.

W ten sposób pierwsze lody zostały przełamane i zjedzone, a pomaszerowaliśmy lewa prawa w siną dal, gawędząc o kinie i innych sztukach, niekoniecznie wyzwolonych.

Umówiliśmy się na wczoraj, na, powiedzmy, "Oślizgłe krwiożercze stwory 786459", jako że obojeśmy tego arcydzieła jeszcze nie oglądali. Poza tym dowiedziałem się, że nazywa się, powiedzmy, Hermenegilda Tekla.

Następnie o całej sprawie zapomniałem.

Przypomniałem sobie, gdy jakoś próbowałem poukładać sobie plany, stosując karkołomne wygibasy, żeby tylko zobaczyć się wczoraj z Kochaniem. Nieopatrznie wspomniałem Kochaniu o wyjściu do kina i właśnie wówczas dowiedziałem się o istnieniu Kochanki.

W ciągu jednej nocy wróciliśmy z w miarę spokojnej podróży po Wyspach Szczęśliwych do mało uroczej wsi Czarne Myśli; Kochanie orzekło, że to moje "umawianie się z kilkoma kobietami" doprowadzi prędzej czy później do krzywd i cierpień, jakich świat cywilizowany jeszcze w tym stuleciu nie oglądał, w związku z czym lepiej na to nie czekać i zawczasu pójść drogami jak najbardziej rozbieżnymi. Ledwo zdążyłem Kochaniu wyperswadować ten nonsens, ale sprawa jest jeszcze otwarta i wszystko się zdarzyć może.

Tymczasem, niemal z czystej przekory, spędziłem z Hermenegildą (ja ją celowo rozróżniam od wspominanej wcześniej Kochanki, gdyż Hermenegildzie do Kochanki brakuje jeszcze co niemiara) miły wieczór i z rozrzewnieniem wspominam ten alt mięciutki i spojrzenie oczu zielonych.
11:00, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (11) »
wtorek, 21 września 2004
Ceremonie, ceremonie


Kochanie celebruje remont.

Kochanie jest remontem pochłonięte.

Kochanie remontem żyje.

Z powodu remontu Kochanie nie ma czasu na nic (ani na nikogo, z niżej podpisanym na czele). Kochanie szaleje z wałkami, pędzlami, puszkami, szpachlami i innymi tajemnymi utensyliami remontowymi, przenosząc co najmniej góry (przynajmniej takie sprawia wrażenie totalny brak czasu, jakim się Kochanie w obliczu remontu charakteryzuje).

Niech się święci Wielki Remont!









Remont polega na pomalowaniu trzech ścian maleńkiego pokoju.
21:12, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (17) »
piątek, 17 września 2004
Eheu!


- Halo?

- Nie mogłam ci odpisać, bo mam gościa.

- To odezwiesz się później?

- Odezwę.

- A przy okazji: kto cię odwiedził?

- Aaa, kolega.

- [ze śmiechem] Mam być zazdrosny?

- [ze śmiechem] Tak!

- Oho.

- Później ci wytłumaczę.

- Zobaczymy się dziś?

- Nie wiem.

- No to będę czekał na telefon. Pa.

- OK, pa.



Patrzcie, państwo. Rozbestwienie sięga zenitu, co na szczęście traktuję z pełnogębnym uśmiechem. Niestety nie wiem już, gdzie są żarty, a gdzie ich nie ma.
17:47, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (9) »
Strachy
Kochanie to taka maszyna-straszyna. Albo raczej, z racji gabarytów, maszynka-straszynka.

Pamiętacie, co to maszyna-straszyna? Tak, to właśnie ta. No to jedziemy dalej.

Nie wiem, czy leży to w interesie Kochania, ale Kochanie straszy mnie nadzwyczaj ostro. Niby nigdy nie rozpływało się na głos w marzeniach o ożenku (choć czas jest najwyższy), bandzie dzieci itepe, ale ostatnio straszy mnie nawet perspektywą zburzenia tej kruchej równowagi, którą jeszcze posiadamy.

A tu przykład straszenia długoterminowego:

mówię Kochaniu: wyjedźmy sobie zimą na Wyspy Szczęśliwe. W tej chwili nawet możemy wszystko pozałatwiać. Kochanie: OK. Kochanie niedawno: Z tym wyjazdem to chyba jednak nie wyjdzie, bo... - i tu wytłumaczenie deklasujące konkurencję w plebiscycie na najdziwniejszą wymówkę stulecia.

Tak więc nie znam dnia ani godziny. Skuteczna ta moja maszynka kochana.
13:32, nie.teraz.kochanie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 września 2004
Sprzątanie Świata


Suplement do wpisu przedweekendowego:

Wczoraj: Nieco wymuszone kilka godzin razem. Wyjątkowo miło. Niekłopotliwie. Lekko.

Dzisiaj: Dzisiaj nie. Dzisiaj trochę pracuję, trochę przygotowuję remont, trochę widzę się z rodziną. Zastanawiające, jak w całkowicie wolnym dniu, "przy niedzieli, póki jeszcze słonko jasne", nie można znaleźć wolnej godziny. Albo dwóch.

Skutki różnicy między wczoraj a dzisiaj: wczoraj żyliśmy w wielkim ukontentowaniu, dziś zgoła odmiennie.

Kochanie, jako dziewczynka mądra i duża (nie chodzi akurat o gabaryty), patrzy na ten nasz statek szalony i doskonale, przez gustowne nieróżowe okulary, widzi, że jakość naszych wzajemnych stosunków jest wprost proporcjonalna do ilości spędzanego razem czasu. To żadna sensacja. Sensacją jest to, że wg logiki kochanijskiej jest to pretekst do owego czasu nieposiadania i razem niespędzania. Proszę nie żądać wyjaśnienia. Dla mnie to też niejasne.

(koniec suplementu)



W związku z zaistniałą na froncie sytuacją przypuściłem na pozycje Kochania nieco ataków nękających, prosto, jasno i przejrzyście tłumacząc, jak się sprawy mają. Wymiernym skutkiem było zadzwonię później na pożegnanie.

Innym wymiernym skutkiem był paskudnie przekłócony dzień. Ostatecznie zobaczyliśmy się wieczorem. Novum Kochania: dać sobie jakiś (nie sprecyzowało Kochanie, jaki) czas urlopu, nie widzieć się, nie dzwonić. Czyli pójście na łatwiznę i święty spokój w skali mikro, ale bez ostatecznych decyzji. Ostatecznie tego Kochanie nie zaordynowało, ale mamy znów stan zawieszenia w próżni, bez świadomości, dokąd się dalej sprawy potoczą.



Ja zaczynam być zmęczony. Kruszyć się zaczynam. Na razie tyle na ten temat.



W każdym razie: Kochanie zajmuje się tysiącem spraw (to znowu odnośnie do Kochania metody spędzania niedzieli razem, ale osobno). Mieszkamy niedaleko od siebie. Mamy dużo czasu. Ale Kochanie wykonuje najpierw długi szereg czynności, a następnie (z rzadka) myśli o mnie. Rzuca mi jakieś resztki wolnego czasu. Nic się nie marnuje (zwłaszcza na mnie). Ekologicznie. Estetycznie. Dokładnie. Bez zaśmiecania okolicy,
23:26, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 września 2004
Plany na Weekend, cz. II
... czyli Łowy w Czasach Kryzysu. Podręcznik dla początkujących.





Złapanie Kochania na weekend w czasach kryzysu w związku, złych albo utrudnionych kontaktów międzyludzkich (konkretniej międzykochanioabsztyfikanckich), burzy i naporu, cichych dni i niezręcznych dni, w czasach, kiedy życie we dwoje zamienia się w ogólny kurs ekstremalnego survivalu - zorganizowanie weekendu z Kochaniem nastręcza wówczas niejakich trudności nawet ekspertom z wieloletnim doświadczeniem. Planowanie weekendu jest wtedy jednym z uszczegółowień ogólnych praw rządzących miłością w czasach zarazy, praw, które rzeczoną miłość skutecznie obrzydzają i czynią ciężkostrawną.

Chcąc jednak - mimo piętrzących się trudności i swego rodzaju niechęci do kolejnych zawodów w wyczynowym biciu głową w mur - złowić sobie Kochanie na weekend, musimy w czasach kryzysowych podejść do polowania wyjątkowo spokojnie i przebiegle.

Przede wszystkim, nie należy zbyt wiele wymagać od Kochania w kwestii wyjaśnienia wzajemnych stosunków, zakopania toporów wojennych oraz dania sobie ogólnej buźki i spokoju; należy sprawiać wrażenie człowieka zgnuśniałego w ogólnym dobrobycie i zagłaskanego niemal na śmierć. To usypia instynkty obronne Kochania i odwodzi od szalonych pomysłów w rodzaju plotkowania przez 48 godzin z coraz to nowymi koleżaneczkami, których głupota rośnie wykładniczo w miarę oddalania się całej sytuacji od ostatnich rubieży krain, które ludzkość przywykła nazywać rozsądkiem.

Wskazana jest pewna ilość obiecanek-macanek, miłych niespodzianek w sobotni poranek i innych drobiazgów, które wywołują w Kochaniu tzw. pozytywne wibracje i nie pozwalają odejść, wzorem leminga, w bliżej nieokreślone, losowo wybierane, okolice.



Wszystkie powyższe uwagi dotyczą przypadku skrajnei optymistycznego. W rzeczywistości takie przypadki zdarzają się rzadziej, niż rzadko; w rzeczywistości Kochania przed odtrąceniem wszelakich umizgów w czasach kryzysu zazwyczaj powstrzymać się nie daje. Stosy wymówek piętrzą się pod niebiosa, dorównując niemal wysokością górom zgromadzonych przy okazji żali i rozczarowań.
22:54, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (5) »
środa, 08 września 2004
Po górach, dolinach


Stairway to heaven. Highway to hell. Na przemian i bez nadziei na stabilizację, jakkolwiek owa stabilizacja miałaby wyglądać.

Z powodu huśtawki nastrojów Kochania zwyczajowy temat bloga idzie w odstawkę; "nie teraz" ma obecnie groźny podtekst, nie za bardzo można się z tego naigrawać.

Czasami kilka razy dziennie nasze relacje błyskawicznie przemierzają parseki między entente cordiale a dies irae; Kochanie pakuje moje walizki, następnie przerywa pakowanie, by wymienić tysiąc i jedną czułość, po czym pakuje dalej.

Patrzę na ten rozgardiasz z nieznacznym optymizmem. Wprawdzie na przemian natrafiamy na prądy wznoszące i równie pochyłe, bez żadnej gwarancji na to, że się w danym miejscu zatrzymamy, ale możliwość złapania takiego dobrego, wznoszącego prądu wciąż istnieje. Istnieje też w Kochaniu pewne przywiązanie, pewne ciepło, które nie pozwala się do końca załamać.
23:53, nie.teraz.kochanie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 września 2004
Popraw(ia)ny dzień, cz. III


zatem więc

nie nadszedł jeszcze mój czas zawrotny

odejścia jako najcichszy w cichym korowodzie



(E. Stachura)




Kochanie nieodwołalnie zbliża się do okresu wielkich zawirowań w życiu. W owych wirach oderwie się ode mnie niemal na pewno; tymczasem jednak jest to wyrok w zawieszeniu i dający jeszcze blady ślad cienia szansy (i nic pewniejszego).

Tak więc w sobotę: trochę gawędzenia o rzeczach najważniejszych i dużo, dużo rzeczy najważniejszych pod gorętszym z każdą chwilą kocem.

A w niedzielę: Dziś nie, dziś piszę cośtamcośtam...



I w ten sposób śnię sobie dalej. Jeszcze jakiś czas będę śnił.
15:07, nie.teraz.kochanie
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3
Skopiuj CSS